Ten spływ jeszcze przed swoim rozpoczęciem przeszedł do historii. Była to pierwsza oficjalna wyprawa organizowana przez Klub Turystyki Wodnej „Kilwater”. Wprawdzie troszkę trwało, zanim zebraliśmy wystarczającą liczbę osób, ale nie taki Kilwaterek straszny, jak go malują. Odważni przodownicy klubowej działalności na pewno nie zawiedli się. Prezes Głowacki zadbał o kajaczki, atrakcje maści wszelakiej oraz fajne miejsca na noclegi. Nasza przygoda rozpoczęła się w Sorkwitach, gdzie mieści się najpopularniejsza baza wypadowa dla wyruszających na Krutynię. Szlak kajakowy tejże przebiega przez Puszczę Piską, a od Jeziora Mokrego także przez Mazurski Park Krajobrazowy. Długość szlaku wynosi 102 km, w tym 60 km to woda stojąca. My jednak odłożyliśmy zdobywanie całej trasy na inną okoliczność i skupiliśmy się na krótszym, acz wielce urokliwym odcinku szlaku. Rozbijanie naszej mini wioski namiotowej poszło bardzo sprawnie i obyło się bez żadnych kontuzji. Oczywiście, takie wydarzenie należało odpowiednio uczcić. Dlatego też bez większych oporów wskoczyliśmy do czystego jeziora, które dało miłe orzeźwienie po tak „morderczej” pracy. Wiadomo, że woda wyciąga, dlatego zaraz po osuszeniu się, nastał czas na wspólny posiłek. Nic tak nie zbliża ludzi, jak wspólne gawędzenie pod gwiazdami. Dzięki temu mogliśmy lepiej się poznać.

Ranek przywitał nas małymi zawirowaniami w pobliżu recepcji, jednakże po skutecznej interwencji męskiego grona, już bez przeszkód zwodowaliśmy nasze cudnie zielone kajaczki. Po 15 minutach wiosłowania stwierdziliśmy, że już możemy wracać, gdyż nieprzyzwyczajone ręce odmówiły posłuszeństwa. Jednak nie było to dla nas wielką przeszkodą. W końcu jesteśmy ekipą z Kilwateru i nie straszne nam żadne przeciwności losu! Bardzo zaskoczyła nas popularność trasy, którą wybraliśmy. Ruch był jak na Marszałkowskiej. Wprowadzenie oznakowania świetlnego nie byłoby wcale takim głupim pomysłem. Było bardzo dużo turystów z Niemiec, jak również licznych wielopokoleniowych rodzin czy zorganizowanych grup.

Pogoda była cudna na całej trasie (wiadomo, kto załatwiał ;]). Co chwila mogliśmy zanurzyć nasze rozgrzane od wiosłowania ciała w chłodnych i orzeźwiających wodach mazurskich. Szlak był iście sielankowy. Nigdzie się nie śpieszyliśmy, nic nas nie goniło. Tylko woda, przyroda i my! No i odciski 😉 Ale to nic nie znaczyło wobec ogromu pięknych widoczków, które było nam dane zobaczyć. Drugi nocleg mieliśmy w Bieńkach. I znowu odprężenie, opowieści, wszechogarniający spokój. Dzionek dnia następnego był pogodny i wielce zachęcający do dalszej wyprawy. Aż do stanicy w Babiętach, które to były naszą stacją końcową, nie mogliśmy przestać zachwycać urokami tego odcinka szlaku wodnego. Wstążka rzeki wiła się miedzy pełnej soczystej zieleni lasami i przypominała widoczek rodem z filmu przyrodniczego o Amazonii. Na szczęście nie spotkaliśmy żadnej anakondy czy stada piranii na naszej trasie. Na szerszym odcinku szlaku złączyliśmy nasze kajaki i jak czołg wodny sunęliśmy rzeką Tejsą aż do celu. W Babiętach musieliśmy rozstać się z naszymi zielonymi rumakami. Przywdzieliśmy ludzkie ubrania i z wioski dostaliśmy się do Mrągowa (pyszniusie były te lody), a dalej pociągiem do Olsztyna.

Zachęcam gorąco wszystkich, którzy lubią podładować swoje baterie w czasie weekendu. Kontakt z przyrodą jest najlepszym balsamem na wszystkie troski. Dlatego też nie zastanawiajcie się długo, gdy zobaczycie ogłoszenie o kolejnych wyprawach organizowanych przez KTW Kilwater. Dobra zabawa gwarantowana!

Oto uczestnicy pierwszej wyprawy KTW „KILWATER”:

  • Witosława „Tunia” Maciejska
  • Hanna „Huanita” Brywczyńska
  • Tomasz „Cobra” Gabriel
  • Łukasz „Łuki” Jakubik
  • Tomasz Markiewicz
  • Michał Markiewicz
  • Maciej „Głowa”Głowacki
  • Marcin Gilewski

Tekst:
(c)Hanna Brywczyńska
Zdjęcia:
(c)Maciej Głowacki